szczytowanie


pijąc piwo w wysokich puszkach, zdobywam literacki parnas



j/w

[22 lipca 2017]

to jest słaby odcinek o niczym, nawet bez werwy literackiej.

ciemność jest we mnie – ta kalifornijska ciemność z 2001. wtedy to wszystko wydawało się poukładane i sensowne. takie pierdolenie, ale z drugiej strony dobre pierdolenie też ma swoje miejsce w tym, jak i we wszystkim. nie moja wina, że zmarnowano mi 10 lat życia, nie moja wina, że dziewczynki, które powinieneś zaliczyć albo chociaż pokochać, mają już na obecny moment dwójkę dzieci i męża na delegacji w rotterdamie.

mojemu bohaterowi o imieniu na literę n., która jest sponsorem tego słabego odcinka, robi się ciepło i tęskni za domem. cokolwiek jest domem, cokolwiek ma ten dźwięk zwichrowanej w słońcu wczesnych lat dziewięćdziesiątych płyty petera gabriela. norbert, powiedzmy, siedzi w pokoju wypełnionym swoimi i nieswoimi gratami, za oknem 18 stopni celsjusza i deszcz. był dziś w supermarkecie i ręcznej myjni samochodowej – only exterior please, how much is that, 6 quid, perfect thanks. to samo, co zawsze, to samo w kółko, nie wiadomo, gdzie jest ten lipcowy zachód słońca przez te okna, nad tym łóżkiem albo przez drewniane ciemnobrązowe żaluzje. wszystko wytarte.

 

ok, zacznę jeszcze raz.

jest w środku każdego, kogo znam, coś, co nie pozwala na radość większą niż ta, którą spotykasz będąc w 2/3 butelki wina za 5,5 gbp. zastanawiasz się wtedy, czy nie wrzucić adidasów i nie iść po kolejną, jak również paczkę lajtów w małym bonusie – nawet jeśli wiesz, że na drugi dzień twoja głowa lekko zaawansowanym przedpołudniem (4 godziny po pobudce) rozpocznie to dobrze ci znane pasmo powolnych eksplozji, bo wypicie dwóch butelek savign. blanc i wypalenie półtorej paczki tym właśnie skutkuje, czyli niczym dobrym. w każdym razie ten kulminacyjny moment w 2/3 chilijskiego albo nowozelandzkiego białego wina to to, gdy czujesz się spełniony, słuchasz w kółko jednego numeru Chopina w kółko i myślisz, że właśnie zdobyłeś kalifornię z 2001.

nie znam nikogo, kto by był naprawdę szczęśliwy, zawsze się przesuwa to w przeszłość albo przyszłość. zawsze chciałoby się zrobić więcej, szybciej, z większym wyczuciem albo chociaż – dla zasady – inaczej. nie ma różnicy, czy jedziesz metrem w ny, warszawie czy londynie; czy chodzisz po lesie, czy siedzisz w kuchni i patrzysz na kominy – zawsze jest to samo.

to jest depresyjny odcinek o niczym, nawet bez werwy literackiej – nadszedł czas, gdy piosenki piszą się same, nie moimi palcami, i śpiewają nie moimi ustami.